Przedostatni weekend stycznia spędziłem w towarzystwie pewnej uroczej Afroamerykanki.

Michelle w SzczytniePoznaliśmy się kilka lat temu na międzynarodowym zlocie miłośników kryminałów. Michelle mieszka na stałe na przedmieściach Nowego Yorku, ale ostatnio dużo czasu spędza w Warszawie. Tam próbuje szlifować swój polski, który na razie jest nie do końca na poziomie komunikatywnym. W drodze do znajomych w Trójmieście zajechała, trochę zbaczając, do Szczytna. Pogoda była ładna, więc wybraliśmy się na spacer wokół Jeziora Dużego Domowego. Ścieżka została przyzwoicie odśnieżona, więc ucieszyłem się, że Michelle nie zmoczy nóg ani ich nie przemrozi i obciachu nie będzie. – Co to znaczi: „cfel”? – spytała w pewnym momencie moja amerykańska znajoma. – What? – zareagowałem nienaganną angielszczyzną.

– „Cfel” – powtórzyła, używając słowa kojarzącego się z naszą więzienną gwarą. Skierowałem wzrok w stronę ciągnącego się wzdłuż ścieżki brzydkiego ogrodzenia za niedoszłym superhotelem przy ul. Pasymskiej. Na odcinku około 100 metrów było ono popisane niezbyt cenzuralnymi wyrazami. Wśród nich wyróżniał się ów ciekawy ortograficznie „cfel” (fot. 1). Powiedziałem, że namazał to ktoś najwyraźniej „stupid” (głupi) i próbowałem zmienić temat. Zadanie nie należało do najłatwiejszych, jako że Michelle to znawczyni graffiti, współpracująca nawet z nowojorską policją. Jest kimś w rodzaju grafologa-amatora, z tym że specjalizującego się w napisach wykonanych sprajem. Jakieś pół godziny marszu dalej Michelle spojrzała rozpromieniona w kierunku ogrodzenia przy browarze. – Co to znaczi: „Bog czi wibaczi, Kamionek juz nie”? (fot. 2) and „Szczitno cale tilko biale”? (fot. 3) – zasypała mnie pytaniami.

Na pytanie nr 1 jakoś odpowiedziałem, ale z pytaniem nr 2 miałem poważniejszy problem, który nie dotyczył jedynie poradzenia sobie z rymem. Mogłem kombinować, że mamy tam jeszcze przecież dodane „zielone” i „zimą”, ale przecież Michelle od razu widziała „dwa charaktery pisma”. Mimo mrozu pociłem się coraz bardziej i… obudziłem się zlany zimnym potem. Jakie to szczęście, że urocza Michelle tylko mi się śniła i nie mam żadnej przyjaciółki za Oceanem. Co by jednak było, gdybym miał? Napisy nad naszym akwenem, które mam okazję dość często „podziwiać”, jakoś nie dają mi spokoju. Wiadomo, wiele miast, nie tylko w Polsce, ma rejony, w które nie warto się zapuszczać, ale czy zniesmaczenie albo po prostu wstyd muszą wywoływać jakieś niedopilnowane dodatki w miejscach kojarzących się z turystyką i rodzinnymi spacerami? Dobrze, że chociaż ktoś próbował ratować sytuację i jakoś zatuszować rasistowski wydźwięk ostatniego z napisów, obracając całość w rodzaj żartu. Tylko czy na tym wszystko powinno się skończyć?

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.